Moon Indian Flavours – hinduska restauracja na Ursynowie

To tutaj lata temu czaiłyśmy się z koleżanką na Fisza. Słuchałyśmy wtedy jego płyt i fantazjowałyśmy o wrażliwym, przygarbionym chłopaku, który śpiewa o pierwszych, nieszczęśliwych miłościach z „podstawki” (nie mówcie, że wciąż to robi?). Chodziły słuchy, że bywa na Kabatach w różnych rodzinnych konfiguracjach. Skwerek między Bronikowskiego a Wańkowicza był idealnym punktem do obserwacji. Siadałyśmy w ogródku włoskiej restauracji Antich Caffe, siorbałyśmy kawę i zza ciemnych okularów kontrolowałyśmy bieg wydarzeń. Każda z nas, idąc do toalety, drżała na myśl, że Fisz mógłby się pojawić podczas jej nieobecności. Miałyśmy na ten wypadek umowę – druga, spóźniona, bierze się wtedy za Emade (brata znaczy).

Śmiać mi się chce, gdy wspomnienie tych beztroskich, dziewczyńskich wygłupów powraca przy obiedzie w Moon Indian Flavours, hinduskiej restauracji, która zajmuje trzeci róg skweru, na dwóch pozostałych są: Antich Caffe i Dalmacja. Waglewskich nadal nie widać, ale przez kuchenne okienko Moon zerka paru interesujących facetów – szczupłych, przystojnych i młodych Hindusów. Zamawiam u nich dwa pikantne dania z jagnięciną i wracam do rozmowy z Kuchcikiem. Co jakiś czas jednak łapię zalotne spojrzenia znad gęstych od cebuli sosów. A niech mnie, równie gęste są czarne loki, które opadają chłopcom na czoła.

Tymczasem na stole pojawiają się kruche papadamy z mąki z soczewicy z kminem rzymskim oraz kieliszki wypełnione po brzegi winem, a za chwilę jagnięcina. Khumb gosht (34 zł) z pieczarkami w sosie cebulowym z imbirem i czosnkiem jest zdecydowanie lepsze od roganjosh (35 zł) w sosie pomidorowo-jogurtowym. To drugie danie rozpala usta, potem gardło, ale smaku ma niewiele. Daleko mu również do pierwotnej wersji roganjosh – wyrafinowanego dania doprawianego kaszmirskim chili i czarnym kardamonem. Mięso jest za to bardzo dobrej jakości – miękkie, delikatne i aromatyczne. Zagryzamy pikantne dania pszennymi plackami naan (9 zł, z daniem głównym gratis) oraz gasimy ogień raitą, jogurtem z warzywami (6 zł).

W Moon raczej nie ma pieca tandoor, bo plackom brakuje charakterystycznego dla niego aromatu. Daniom zaś – atencji w doprawianiu i balansu smaków, tak trudnego do osiągnięcia w kuchni hinduskiej, co skutkuje dosyć płaskim, krótkim doznaniem. Tylko dobrym, wprawionym hinduskim kucharzom, zapewne na oko tworzącym skomplikowane mieszanki przypraw, udaje się uzyskać pełnię. Moon ma za to inne zalety. No, te same co Fisz.

Moon
ul. Bronikowskiego 1, lok. 4/A1
Warszawa
godziny otwarcia: codziennie, 12-22