Himalayan Yeti: prawdziwa kuchnia nepalska w Warszawie

Człowiek albo małpa, a może coś pomiędzy. Nie wiadomo. Yeti wciąż jest obiektem intensywnych badań kryptozoologii, pseudonauki analizującej mity i legendy dotyczące kryptozwierząt. Jak twierdzą niektórzy, człowiek śniegu pojawia się i znika na odludnych terenach wysokogórskich, takich jak Nepal. I choć w 2008 roku japońska ekspedycja odkryła długi na 50 centymetrów ślad jego domniemanej stopy w śniegu, to wciąż więcej w Nepalu jest restauracji, barów, kawiarni i sklepów noszących nazwę Yeti niż ludzi, którzy na własne oczy widzieli tego tajemniczego przedstawiciela niezidentyfikowanego gatunku.

Warszawa nie jest położona zbyt wysoko, daleko jej do Czomolungmy, ale to właśnie na pierwszym piętrze budynku Super Delikatesy Polna, parę stopni powyżej poziomu mazowieckiego błota, skrył się nepalski yeti. Zwabiła go tu piękna i powabna Rita, mieszkająca od paru lat w Polsce Nepalka. Któż inny mógłby oswoić człowieka śniegu i skłonić go do tak dalekiej podróży. Wystarczy raz spojrzeć w czarną otchłań oczu Rity, a już chce się zostać u niej na obiad.

Restauracje Himalayan Yeti piękna Rita prowadzi wespół ze swoim kuzynem. Wspiera ją całe środowisko Nepalczyków w Warszawie, które często się tu spotyka z okazji przeróżnych tradycyjnych uroczystości. Dużym wsparciem jest też mąż Ram, który do Polski przyjechał pierwszy i jako szef kuchni pracował wcześniej w Mandali przy Emilii Plater, a później w Katmandu przy Wilczej. Dziś jest współwłaścicielem Chmielarni, o której pisałam zarówno tu, na blogu, jak i w „Wysokich Obcasach”. To za jego sprawą trafiłam na trop yeti w Warszawie. Okazało się, że restauracja Himalayan Yeti specjalizuje się w kuchni nepalskiej. A kuchnia ta, choć zbliżona do indyjskiej, ma swoje ciekawe specjalności.

Momo
Daniem najbardziej kojarzonym z kuchnią Nepalu są pierożki momo. Zgrabne, okrągłe i przysadziste od aromatycznego farszu z jagnięciny (25 zł), warzyw lub kurczaka (20 zł), z ciastem cienkim i delikatnym od gotowania na parze. Pierożki podaje się z sosem na bazie duszonych, mocno przyprawionych warzyw obok lub wręcz zalewa gęstym przecierem na bazie soi po czubki ich falbanek. Ta druga opcja nazywa się jhol momo (24 zł) i jest ogromną porcją współmierną do apetytu człekokształtnej małpy, ale jakże kontentującą mazowiecką, o wiele drobniejszą formę życia. Sos, którym polewa się delikatne i powabne pierożki, robi się z soi. Najpierw się ją smaży, potem miele, miesza z prażonym sezamem, dusi z cebulą, pomidorami, czosnkiem i w końcu doprawia pieprzem, imbirem, chili, kardamonem, goździkami i mieszanką garam masala. Po takim posiłku można ruszać na Mount Everest.

momo
momo

Himalaya masala
Najczęściej zamawianym daniem w Himalayan Yeti jest himalaya masala z baraniną. Doczekało się już swoich wiernych i lojalnych klientów, a nawet miejsca w menu lunchowym, które jest dostępne codziennie w godzinach 11-16 (danie główne z kurczakiem lub warzywami z dodatkiem ryżu lub placka naan – 19 zł, danie główne z baraniną – 26 zł). Miękkie i aromatyczne mięso jest duszone w kremowym, lekko pikantnym, gęstym sosie z papryki, imbiru i pomidorów (32 zł). W tym samym sosie mogą też pływać warianty: ciecierzyca, warzywa, krewetki lub kurczak.

Himalaya masala
himalaya masala

Chow mein
Najbardziej zaskakującym daniem kuchni nepalskiej jest smażony makaron chow mein, doprawiany sosem ostrygowym i sojowym. Bardziej przypomina danie kuchni chińskiej niż indyjskiej. Ale przecież z kraju rodzinnego Rity do Chin wcale nie jest tak daleko, wpływy te więc nie powinny w sumie dziwić, jak również to, że chow mein jest jednym z najpopularniejszych dań w USA – tyle że w chińskich restauracjach. Chiński stir fry znalazł się w Katmandu za sprawą Tybetańczyków. Do chińskiego makaronu w stolicy Nepalu dodaje się przeważnie mięso bawole. Rita w swojej restauracji Himalayan Yeti chow mein smaży z kurczakiem (25 zł), krewetkami (39 zł) lub warzywami (25 zł).

Bhatta sadeko
Jednak największym moim odkryciem w Himalayan Yeti jest smażona soja z ogórkiem. Chrupiąca, pełna przypraw, a jednocześnie rześka za sprawą zielonego przedstawiciela dyniowatych, soku z cytryny, kolendry i dymki. Nazywa się toto bhatta sadeko i kosztuje 18 złotych. Do doprawienia tej najpierw namaczanej przez noc, a potem smażonej soi używa się także nepalskiego pieprzu timut. Wibruje na języku, po jakimś czasie zabiera się do zabawy ze skrońmi, wprawiając wszystko w miły rechocik przyjemności. Nic dziwnego, że ci z Nepalczyków, którzy nie są zbyt wierzący, zamawiają tę wesołą przekąskę z soi do piwa. Rita ma nawet w gablocie parę indyjskich browarów.

bhatta sadeko
bhatta sadeko

Aloo sadeko, tikka butter masala i naan
Na koniec polecam jeszcze parę dań. Aloo sadeko – ciekawe ostro-kwaśne ziemniaki w papce z prażonego sezamu, z marchewką, ogórkiem i sokiem z cytryny (18 zł). Słodki i aksamitny sos pomidorowy na bazie nerkowców, czyli tikka butter masala, z piszczącym w zębach serem paneer, który w restauracji Himalayan Yeti robi się na miejscu z niepasteryzowanego mleka (24 zł). I wyśmienite placki naan z masłem (8 zł) i roti na bazie mąki razowej wypiekane w tutejszych piecach tandoori.

roti
roti
naan
naan

To tylko parę propozycji z wielu godnych spróbowania. W karcie Himalayan Yeti znalazły się co prawda także frytki, camembert i sałatka grecka, ale Rita obiecuje zrobić z nimi porządek. Od nowego roku ma obowiązywać już tylko nepalskie menu. Wprawdzie nikt nie pytał yeti o zdanie, ale idę o zakład, że podobnie jak klienci restauracji, nad frytki przedkłada pierożki momo popijane chai masala.

Himalayan Yeti
ul. 
Polna 13/45 przy stacji metra Politechnika (Śródmieście), w budynku Super Delikatesy Polna
godziny otwarcia: pon.-pt.: 11-22, weekend: 12-22

a także

Himalaya
ul. Stanisława Mikołajczyka 1A (Gocław)
godziny otwarcia: pon.-niedz.:12-23
Warszawa