Ateny: moje ulubione miejsca

Położone na wzgórzach i zielone od drzew pomarańczy. Ateny to miasto, które pachnie kawą i słodyczami – jedzenie deserów i picie frappe to grecki sport narodowy.

Tu nikt nie używa klaksonów, bo nikt się nie spieszy. Mieszkańcy Aten są cierpliwi, serdeczni i przyzwyczajeni do swoich rytuałów. Większość z nich krąży wokół jedzenia. Odpoczywajcie i złapcie ten niespieszny rytm w miejscach, które wam polecam.

Cafe Avissinia, Kinetou 7 

Pośrodku najstarszego targowiska w Atenach działa niezwykła restauracja. Można ją łatwo przeoczyć, szczególnie jeśli się zacznie szperać w starociach, dziełach sztuki i starych bibelotach piętrzących się na bazarze. Wciśnięta w zakamarek jednej z czterech ścian okalających plac Avissinia, wygląda jak integralna część pchlego targu. Stare krzesła, czerwony staroświecki bar przypominający francuskie brasserie, różowe od tapet kwieciste ściany zapełnione obrazami i marmurowe blaty stolików. Jak głoszą opowieści, niejedna noga na nich tańczyła, gdy dała się porwać greckiemu kefi – radości życia przyprawionej lekkim szaleństwem. Pod koniec lat 80. było to jedno z niewielu miejsc spotkań ówczesnej bohemy. Otwarta w 1986 roku Cafe Avissinia z początku serwowała tylko mezedes, małe przekąski, do herbaty czy alkoholu. Zajmowała wtedy parter budynku. Na pierwszym piętrze, gdzie obecnie mieści się urokliwy salonik, działał dom aukcyjny. Dziś jest jeszcze taras, z którego można pomacać Akropol, w każdym razie jest na wyciągnięcie ręki. Miejsce stworzyła i urządziła Ketty Koufonikola. Biznes obecnie prowadzi jej syn, ale w menu oraz w książce kucharskiej, leżącej tuż przy wejściu do restauracji, wciąż można znaleźć dania, z których słynęła Ketty – grillowanego węgorza, marynowane anchois czy pieczone w piecu bakłażany. Legendarna jest już jej wieprzowina z typowym dla Macedonii, skąd pochodzą jej rodzice, połączeniem suszonych śliwek i pora. Ja tu zjadłam wyśmienitą pastę z grochu, czyli favę, z czerwoną cebulą i kaparami, a Kuchcik spałaszował kebaba. Wybraliśmy stolik na zewnątrz, żeby móc przyglądać się targującym klientom i strojącym sobie z nich żarty sprzedawcom staroci, co i wam polecam.

O Thanasis, Mitropoleos 69

Przy centralnym skwerze Monastiraki, przez który nieustannie płynie morze turystów, wije się uliczka naszpikowana kebabami. Menu wszystkich tych lokali jest zbliżone. W większości zjecie kebaby pod grubą warstwą greckiego jogurtu, pieczone papryki i bakłażany, faszerowane pomidory, gotowane buraki, greckie sałaty, souvlaki i gyros. O Thanasis ma krótką kartę, ale ogromny grill opalany węglem, mięsne potrawy z niego mają więc wspaniały aromat. Prócz mięs (kebab pod jogurtem – około 10 euro) spróbujcie koniecznie smażonego sera saganaki, który skrapia się sokiem z cytryny (3,60 euro) czy sałatki greckiej z chrupiącą pitą z oregano (5,50 euro).

Bougatsadiko Thessaloniki, Plateia Iroon 1

Podczas zwiedzania Aten nie sposób ominąć Psyri, jednej z najstarszych i najważniejszych dzielnic miasta, słynącej z barów i restauracji. W samym jej sercu, tuż przy malowniczym placu Plateia Iroon, jest wyjątkowe miejsce. Poznacie je po charakterystycznej drewnianej witrynie, wokół której gromadzą się grupki starszych panów. Wszyscy popijają kawę i szeleszczą chrupiącym ciastem zwanym bougatsa. To przysmak z północy Grecji, który przyrządza się tu na miejscu, na oczach gości. Należy zatem wejść do środka starej kamienicy i po obejrzeniu pięknego, masywnego drewnianego sufitu oraz starych murów okalających kuchnię skoncentrować się na pracy piekarza, który zagniata ciasto. Małą kulkę paroma ruchami rozciąga na grubość i wielkość cieniutkiego prześcieradła. Jego praca jest hipnotyzująca i absolutnie nie do powtórzenia w domu. Dlatego korzystając z okazji, warto spróbować jak największej liczby wariantów bougatsy, w wersji zarówno wytrawnej, jak i słodkiej (ceny zaczynają się od 0,50 euro). Najbardziej chrupiąca jest ta z jagnięciną, bo potrzebuje wyższej temperatury przy pieczeniu, a najpopularniejsza – z serem. Są jeszcze wersje z kremem czekoladowym, kurczakiem, kiełbasą czy ze szpinakiem. Zostawcie sobie jednak miejsce na deser, bo tuż obok, za ścianą, jest cukiernia Nancy.

Nancy’s Sweet Home, Plateia Iroon 1

Potraficie sobie wyobrazić najbardziej czekoladowe i wilgotne ciasto świata, przełożone pralinami i podane z górą lodów? A do tego pływające w gorących sosach czekoladowych w głębokim talerzu do zupy? Desery Nancy są lepsze od najsłodszych fantazji. Niewielu jest w stanie zjeść całą porcję, ale na tej wybujałej barokowości, serwowanej z zupełnie bezpretensjonalną nonszalancją, polega cały urok. Zacznijcie od najbardziej znanego ciastka Nancy – love cake. Podaje się je z dwoma sosami, z mlecznej i gorzkiej czekolady, oraz lodami na bazie żywicznej mastiki (11 euro). To będzie najbardziej niemoralny, perwersyjny i największy deser, jaki jedliście w życiu. Zapewniam, że po takiej porcji nie będziecie mieć ochoty na słodycze przez parę dni, ale potem wrócicie po więcej, szczególnie jeśli wcześniej wrzucicie nazwę cukierni w wyszukiwarkę. W menu Nancy jest przecież ponad 50 deserów, których warto spróbować! Czekają pękate od kremu profiterolki, serwowane na gorąco kokosowe ciasta, chrupiące brioszki nasączane syropem czy kaimaki – lody z mastiki zalane espresso i podawane z chrupiącymi ciasteczkami. Wszystko jest podawane w nieprzyzwoitych wielkościach i skąpane w wyjątkowo pociągających sosach, kremach i innych dekoracjach. Do zjedzenia rano, w dzień i po zmroku, bo Nancy jest czynna od ósmej rano do wpół do trzeciej w nocy… Ateny już zawsze będą mi się z tym ciastem kojarzyć.

Seychelles, Keramikou 49 

Ateny mają swoje Seszele? Byłam podejrzliwa, ale polecali znajomi, a nawet miejscowi. Czyżby chodziło o kuchnię kompleksu wysp Lichadonisia nazywanych czasami greckimi Seszelami? Zagadka rozwiązała się na miejscu, kiedy okazało się, że poprzedni lokal nosił nazwę… Bahamy, do których również porównuje się Lichadonisię. Zarówno otoczenie tawerny (stacja Metaxourgio) – urokliwy skwer, wokół którego znajduje się sporo knajpek i barów (polecam Ble Papagalos z piękną altaną) – jak i wnętrze Seszeli okazało się równie bajkowe. Udało się podkreślić ponad 100-letnią historię budynku – zachowano stare drewniane stropy, sztukaterię drzwi, rozchwiane stoły i krzesła, piękny seledynowy bar przykryty solidnym marmurowym blatem dzielącym gości od kuchni. Przysiadłam przy nim i przez chwilę zaglądałam kucharzom w garnki. To był piękny widok. Trochę ryb i mięsa, lokalnych produktów (bardzo duży wybór serów), wszystko świeże i przygotowane z fantazją. Zamówiłam wspaniałe greckie buraki (brzmi to banalnie, ale one są naprawdę wspaniałe w każdej greckiej tawernie), które, jak wyjaśnił mi kucharz, gotuje się w wodzie z odrobiną octu i cukru. Próbowałam je zrobić po powrocie do Polski. Niespodzianka! Nie smakują tak dobrze jak w Grecji. W wersji seszelskiej podaje się je z kozim serem (7 euro). Z tym samym serem była też uczciwa i sycąca porcja pappardelli z kavourmas, konfitowanym mięsem uformowanym w stylu salami z Komotini w północno-wschodniej Grecji (9,50 euro). A na deser wzięliśmy z Kuchcikiem grillowane kalmary. Podano je na purée z grochu, obsypane pietruszką i oblane dobrą oliwą (11,50 euro). Długo jeszcze sączyliśmy ouzo przy marmurowym blacie, ciesząc się towarzystwem rozchichotanych i ucztujących gości wokół. Jeśli będziecie chcieli do nich dołączyć, koniecznie zróbcie rezerwację. Seszele są oblegane o każdej porze.

To Avgo tou Kokora, Leonidou 46

Po drugiej stronie skweru, przy którym przycupnęły Seszele, znajduje się kolejna warta uwagi tawerna o wdzięcznej nazwie, którą można przetłumaczyć jako „jaja koguta”. Po wejściu zerknijcie na pamiątkowe zdjęcia gości, wielu z nich karmi się nawzajem. Ciekawie jest też na pierwszym piętrze tej rozchwianej kamienicy, która mieściła tawernę jeszcze przed drugą wojną światową. Ściany zdają się pamiętać tamte czasy – na surowych starych cegłach zawieszono piękne miedziane garnki i patelnie. Menu to lista tradycyjnych greckich dań, w których specjalizuje się to miejsce. Kuchcik uważa, że zjadł tu najlepszą musakę w życiu, a ja dodam, że moje pieczone bakłażany z fetą również były bardzo smakowite. Trafiliśmy też na czas horty – wiosennej zieleniny, w której skład wchodzą różne dzikie rośliny (na przykład mlecz, nagietek, szczaw, ostropest, pokrzywa, a nawet liście maku). Tradycja zbierania horty jest w Grecji bardzo silna, w okresie wiosennym można ją kupić na każdym bazarze. Horta w „jajach koguta” była tylko lekko blanszowana, podlana oliwą i sokiem z cytryny, wprost wyśmienita. Za kolację w To Avgo tou Kokora, popitą alkoholem, zapłaciliśmy 23 euro. 

Oinomageireio Epirus, główna hala targowa

Ateny mają swoją halę targową, a właściwie wielką rzeźnię – takiego nagromadzenia martwych zwierząt, jak żyję, nie widziałam. Słabo się może zrobić od zapachu jeszcze ciepłej krwi powieszonych za nogi dyndających kadłubków, zamaszyście rąbanych potem na kawałki przez sprzedawców. W samym środku tego przedsionka piekła znajduje się barek, do którego zaglądają najwięksi smakosze świata. Na ścianie chwały znajdują się zdjęcia znanych nam dobrze wszystkożernych maniaków – Jamiego Olivera, Anthony’ego Bourdaina oraz Andrew Zimmerna. Przyszliśmy tu, bo Kuchcik się uparł na słynną zupę z bazarowych resztek, czyli patsę. Wygląda jak kleik, ale zagęszcza ją nie ryż, a rozgotowany kolagen z przeróżnych chrząstek i innych mięsnych farfocli. Oryginalnie jej podstawą są świńskie racice. Zjada się ją jedynie z odrobiną octu i płatkami suszonego chili. Na kilometr śmierdzi amoniakiem, ale ma swoich wielbicieli. Po rozejrzeniu się dookoła doszłam do wniosku, że należą do nich w większości starcy. Nie wiem, czy to ze względu na ograniczone możliwości przeżuwania, bo nie sprawdzałam stanu uzębienia starych Greków, ale sprawiali wrażenie ukontentowanych klejącą się do podniebienia gładką konsystencją. Ja w tym czasie raczyłam się rozgotowaną w pomidorach równie kleistą okrą i mój poziom szczęścia dorównywał Kuchcikowemu. Za nasze dwa dania zapłaciliśmy 13 euro (w menu sporo greckich klasyków, zarówno mięsnych, jak i warzywnych).

Diporto, róg Theatrou i Sokratous 9

Schowana przed oczami przechodniów, skąpana w mroku piwnica od dekad działa bez szyldu. Lubią tu wpadać sprzedawcy ryb, rzeźnicy i dostawcy z targowiska, które opisywałam powyżej. „Piwnica u dziada”, jak czule nazywają ją znajomi, słynie z porządnych, smacznych i sycących posiłków. Jej właścicielem przez lata był pan Michalis. Zmarł w trakcie pracy w 1991 roku. Biznes po swoim szefie przejął jego kelner, pan Mitsos, który od tamtego momentu nie zmienił menu i od lat podaje to samo. Na dwóch palnikach swojej mikroskopijnej kuchni przygotowuje zawiesiste i pełne smaku potrawki ze strączków – przeważnie jest to biała fasola w pomidorach, zupa z ciecierzycy i cebuli, bób oraz obowiązkowo gęsta i kremowa pasta z żółtego grochu, czyli fava, podawana tutaj z ostrą papryczką, pomidorami, ogórkami, czerwoną cebulą, a czasami z pieczonymi bakłażanami. Do tego tłuczone ziemniaki z pomidorami, grillowane sardynki lub dorsz, czasami makaron orzo z cielęciną, gulasz wołowy z makaronem, sałaty i wino. Koniec. Do „dziada” się nie wchodzi, tylko ześlizguje po wytartych, sczerniałych schodach prosto z ulicy. Wejście jest zarówno od strony Theatrou, jak i Sokratous. Należy schylić głowę, żeby jej w trakcie tego ześlizgiwania się nie stracić, bo strop jest dosyć niski. Z półmroku wyłania się powoli kiszkowaty lokal zastawiony drewnianymi beczkami z winem. Należy zasiąść przy jednym ze stołów przykrytych ceratą w biało-niebieską kratę i czekać. Pan Mitsos nie jest zbytnio rozmowny, patrzy spode łba i do stolika wysyła swojego pomagiera. Ten ekspresowo przykrywa ceratę papierowym obrusem, stawia na nim wino i porządny kawał chleba. Rozmowy są zbędne, nikt się nie bawi w ceregiele, wiadomo, że wyboru nie ma, a im więcej gości, tym po prostu więcej posiłków należy wydać. Stół bezszelestnie zapełnia się wspaniałymi domowymi potrawami. Za ucztę dla trzech osób zapłaciliśmy 36 euro. Dopiero wtedy „dziad” podniósł głowę i przyjaźnie się do nas uśmiechnął.

Varesis βαρεσης, Theatrou 5

Tuż obok „dziada”, pod arkadami naprzeciwległego budynku, znajduje się urokliwe miejsce okupowane przez ateńską starszyznę. W wyszukiwarce trudno je znaleźć, jest tylko adres i parę zdjęć. Bardziej lokalnie już się nie da. Przesiadują tu zarówno dziadki, jak i babki, sączący ouzo od rana i pogryzający małe przekąski. Stoliki ustawione są na zewnątrz, ale do barku należy zajrzeć, żeby się zorientować, co jest w aktualnej ofercie. Półmiski z reguły mienią się pięknymi kolorami gotowanych w occie buraków, żółtej pasty z czosnku i ziemniaków podawanej do soczystego dorsza (bakaliaros skordalia), złocistych grillowanych rybek i kalmarów czy czerwonej od pomidorów fasoli (gigantes plaki). Klientela wygląda na zaprzyjaźnioną ze sobą i obsługą, wszyscy się poklepują po ramionach, witają, całują, ale i na nowych spoglądają przyjaznym okiem. Porcje, w przeciwieństwie do standardów greckich tawern, są dość małe, ale też kosztują niewiele (2-5 euro). Zamówcie więc parę smakołyków i raczcie się nimi na sposób grecki – nieśpiesznie i leniwie. Jak starsi panowie, którzy siedzieli obok nas. Rozmawiali nad talerzami marynowanych anchois, pulpecików z cukinii oraz pastą z fety, chili i jogurtu (tirokafteri) jeszcze przed naszym przyjściem. I ledwo je napoczęli, kiedy my już płaciliśmy rachunek. Tak właśnie trzeba spokojnie żyć.

Mokka Specialty Coffee, Athinas 44

Kafejony to męska instytucja. Tu się rozmawia o ważnych sprawach i czyta gazety przy mocnej kawie parzonej w tygielku. Mokka to palarnia kawy specialty, czyli kawy najwyższej jakości, z kawiarnią obok. I mimo że idąca z duchem czasu, to wciąż okupowana przez mężczyzn. Znajduje się tuż przy hali targowej, jest więc idealnym miejscem, by odpocząć po pełnych wrażeń zakupach. Kawa z briki, gotowana na oczach gości w piasku, na wynos będzie tańsza – 1,50 euro, pita na miejscu 2 euro (zasada obowiązuje zresztą we wszystkich greckich kawiarniach). Kawiarnia serwuje zarówno tradycyjne napoje, jak grecki wynalazek espresso freddo, jak i nowsze: flat white, cold brew czy kawę bez kofeiny. Do kawy można zamówić tzw. słodką łyżeczkę. Są to podane w malutkiej miseczce kandyzowane owoce i orzechy, które smakują głównie cukrem.

Oi Thessaloi, Melenikou 2

Jedna z ciekawszych i intrygujących dzielnic w Atenach. Gazi zawdzięcza swoją nazwę starej gazowni, którą przy wsparciu funduszy unijnych przekształcono w przestrzeń wystawienniczą i muzeum przemysłowe. W dzielnicy od paru lat przybywa barów, tawern i klubów, a wśród tych nieoczywistych i schowanych miejsc jest jedno, które chcę wam polecić. Kolorowe i bałaganiarskie Oi Thessaloi z artystowskim towarzystwem. Najfajniejszy jest wymalowany na pomarańczowo i zarośnięty winoroślą ogródek. Jego główną ozdobą są rośliny zasadzone w starych metalowych puszkach po serze feta. Jeśli chcecie zajrzeć do menu, to kelnerka przyniesie wam zapisaną ręcznie kartkę z zeszytu. Ja zjadłam tu wyśmienitą pastę z grochu, czyli favę, z czerwoną cebulą, kaparami, oliwą, sokiem z cytryny i wędzoną papryką, a Kuchcik zajadał się i zachwycał grillowanym kalmarem. Do tego jakieś piwo i wyszło 14 euro. Niewiele.

Do Aten lata Wizz Air – z Katowic. Ceny zaczynają się od 129 zł. Można je rezerwować na stronie wizzair.com oraz poprzez aplikacje mobilną Wizz Air.

Partnerem postu jest:

Podobał Ci się mój przewodnik? Kliknij „Lubię to!” lub „Udostępnij”. 

Nakarmiona Starecka jest również na Facebooku i Instagramie. Zapraszam 🙂